sobota, 27 czerwca 2015

Szmaragdowe oczy 1

               Myślę, że nadszedł już czas na opublikowanie mojego pierwszego opowiadania. Zawiera ono wątki homoseksualne. Nie obiecuję, że będzie ciekawe, poprawne gramatycznie i bardzo zaskakujące. Pomimo tego mam nadzieję, że komuś się spodoba i zostawi ta osoba po sobie jakiś ślad (np. Komentarz :) )
 Do dzieła !
......................................................................................................................


,,Szmaragdowe oczy I''
Myślałem. Wciąż myślałem dlaczego? Dlaczego on to robi? Czy nie widzi jak ranią mnie jego słowa? Czy to już koniec jego miłości? Zaufałem mu i otworzyłem się na niego, aby mógł tam zaglądać i brać co mu się żywnie podoba. Co teraz ze mną będzie? Czy znów zamknę się w sobie i będę wyładowywał wszystkie emocje, gdy nikt nie patrzy? Czy znów będę płakać tak jak przed kilku laty, gdy stała się ta tragedia? Czy znowu stanę się pośmiewiskiem i pomiotem. Czy może odludkiem lub tak zwanym powietrzem? Czy ktoś taki jak ja zasługuje na życie? Może... kiedy ma dla kogo żyć.


Wstałem i otarłem wierzchem dłoni mokre, opuchnięte policzki. Na paliczkach pozostał mi czarny ślad, więc postanowiłem go zmyć. Gdy podszedłem do lustra nad umywalką, przeraziłem się, gdyż było ono pęknięte. Spojrzałem na lewą dłoń. Była poharatana. Czego to człowiek nie zrobi z rozpaczy? Syknąłem lekko, kiedy zimna woda zroszyła ranę. Gdy już z trudem zmyłem resztki makijażu, a dłoń związałem jakimś przypadkowym gałganem, mój wzrok powędrował w kierunku lustra. W zniszczonym zwierciadle widniały moje spierzchnięte usta, opuchnięte oczy, zlane potem czoło, posklejane rozczochrane włosy oraz inne części twarzy wraz ze zmarzniętą szyją. Załamałem się nad tym jak potwornie wyglądam i odwróciłem się w stronę drzwi.

W wejściu stała moja rodzicielka. Podbiegłem do niej i uściskałem serdecznie oraz ucałowałem w czoło. Zaraz po tym znaku zacząłem płakać jak małe dziecko, szczelnie ukryty w ramionach matki. Znów wspomnienia powróciły. Cały ten czas, już prawie pół roku nie mogłem darować sobie, że mój ojciec zginął w wypadku samochodowym.
,,(...)
Był to słoneczny, czerwcowy dzień, który jak zawsze spędzałem w szkole w gronie moich znienawidzonych znajomych. Graliśmy w butelkę. Któraś z koleżanek wylosowała chłopaka obok mnie. Był to jeden z moich najbliższych kolegów, jednak na nim również się zawiodłem. Różowa idiotka ,tak nazwałem tą dziewuchę, bo imienia oczywiście mi nie zdradziła, dała polecenie:-Zadzwoń do kogoś i zrób mu kawał.Chłopak niewiele myśląc wybrał numer mojego taty. Zaczął bredzić coś o tym, że jestem w szpitalu i będę miał operację, że to może być nasza ostatnia chwila razem. Wszyscy mieli ubaw po pachy, kiedy chłopak zakończył rozmowę, natomiast mój ojciec...tak bardzo przejął się tym wszystkim, że od razu wsiadł do swojego Maserati nie ubierając nawet koszuli. Jechał jak szalony, aby tylko zdążyć na czas. Pogrążony w smutku i przerażeniu nie wyrobił na jednym z zakrętów i wjechał prosto pod koła ogromnej ciężarówki. Nie było czego zbierać. Lekarze stwierdzili zgon na miejscu, a ja straciłem wszelkie chęci do życia                    (...)"

Matka przyciągnęła mnie do siebie, a ja przylgnąłem do jej, ciepłego ciała. Od razu zrobiło mi się lepiej.

-Synku...- Zaczęła kobieta- W salonie czeka ktoś na ciebie. Przyszedł prosić o rozmowę, więc nie gniewaj się, dobrze?
-Jasne mamo, już idę - burknąłem próbując się uśmiechnąć i dać jej nadzieję, że wszystko jest już w najlepszym porządku.

Zamrugałem kilka razy, poprawiłem koszulę i zacząłem schodzić do salonu bardzo wolnym krokiem. Nie miałem zamiaru wyglądać w towarzystwie jak rasowy menel, ale tak jakoś wyszło. Z resztą każdemu się czasem zdarza.

Usiadłem na fotelu naprzeciwko sofy, którą zajmował nieproszony gość. Siedzieliśmy tak przez chwilę. On z głową zwróconą w przeciwnym kierunku niż moja osoba, a ja słabo wpatrujący się w punkcik nad grzywką nieznajomego. Ciszę przerwała moja mama, z aż nadto rozwiniętym zmysłem gościnności.
-Zrobić wam chłopcy kawy?
-Ja podziękuję mamo- odpowiedziałem siląc się na słaby uśmiech
-A ja...- zawahał się nieznajomy, jakby chciał uniknąć rozpoznania jego głosu- Poproszę wodę. Jeśli można oczywiście.
-Dobrze, zaraz przyniosę.- kobieta uśmiechnęła się promiennie i wyszła do kuchni, aby przygotować wodę.

Zacząłem wpatrywać się w przybysza lekko poirytowany tym, że zabiera mój cenny czas.
-Too... Po co przyszedłeś? - zacząłem niepewnie -I kim ty właściwie jesteś?
-Suuuper. Do tego jeszcze mnie nie poznajesz.- mój rozmówca odwrócił się, a ja ujrzałem twarz tego podłego Haru - No! Choi nie punktujesz u mnie.
-Zamknij się! - przerwałem mu - Mów o co Ci chodzi, bo nie mam całego dnia.
Haru otworzył usta, by po dłuższej chwili je zamknąć, gdyż do pokoju weszła moja mama ze szklanką wody z kostkami lodu i kolorową słomką. Podała chłopakowi i odeszła.
-Więc... - próbowałem go zagadać.
-Wiesz, że twoja matka jest boginią napojów? To zwykła woda, a smakuje tak wybornie. Prawie jak twoje usteczka- mówiąc ostatnie zdanie ściszył głos i rozmarzył się.
-Nie o to pytam!!! - Wrzasnąłem, będąc wzburzonym jego dziwnym komentarzem odnośnie moich ust.
-Jasne, jasne. Przyszedłem, żeby Ci powiedzieć, że Cię nie potrzebuję, i że nie jesteś dla mnie jak tlen, i że tak bardzo Cię nie...niena... Nie, nie mogę... Nie umiem tego powiedzieć- urwał i zapanowała między nami głucha cisza.

Nie wiedziałem co powiedzieć. Haru w ułamku sekundy zmienił się z krnąbrnego i zadziornego chłopaka w potulną owieczkę.
-Dlaczego nie umiesz? Przecież nic dla ciebie nie znaczę - rzuciłem i założyłem dłonie na przedramionach.
-Bo, boo... ja - Haru zaczął się jąkać - Bo wiesz...- wydusił z siebie już nieco płynniej- Każdego dnia byłeś przy mnie. Pomagałeś mi i troszczyłeś się. Mówiłeś mi te wszystkie słowa pociechy, gdy nam coś nie wyszło. Byłeś takim optymistą, a od tylu tygodni nie wychodzisz z domu. Matka musi Ci pomagać, bo nie dajesz sobie rady. Gdzie podział się ten zawsze zadbany chłopak, w którym tak bardzo starałem się nie zakochać, lecz mi nie wyszło. Gdzie się podział ten, który postawił pieprzone ultimatum
,, Albo ja, albo Rugby"?
-ZNISZCZYŁEŚ GO! - wrzasnąłem prawie płacząc.
-Wcale nie! Ja tylko wybrałem rugby. Odrzuciłem cię dla twojego dobra.
-Zniszczyłeś moje uczucia. Zmieszałeś z błotem emocje. Niby dla mojego dobra?- rozkleiłem się już całkiem.
-Tak. Nigdy nie zrezygnowałbym ze sportu, a nie chciałem Cię okłamywać i dawać złudnych nadziei, że zawsze wrócę do domu w jednym kawałku.
-Zniszczyłeś mi życie. Dałem Ci szansę, pomimo żałoby. Zaufałem, oddałem się w całości. Mogłeś brać mnie całego, ale tego nie zrobiłeś. Jakaś cząstka mnie została Tobie oddana. Nie ma już dawnego Choi. Teraz stoi przed tobą zapłakana lalka.
Haru podszedł do mnie otarł łzę i brutalnie pocałował.
-Ale ta lalka nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo mi się podoba...
Odepchnąłem go od siebie i wrzasnąłem.
-WYNOŚ SIĘ PEDALE!!
-Zanim wyjdę chciałbym zauważyć, że ty też nim jesteś- pisnął i wybiegł z mojego domu.
                                                               Nammi

4 komentarze:

  1. Powiem tak wera dosyć ciekawe oby tak dalej☺
    nati^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Sorki, że wcześniej nie weszłam na twojego bloga, ale nie miałam czasu. Teraz jak patrze na ten rozdział, to powiem ci, że zaczynasz się rozkręcać. Nie moge nic więcej powiedzieć o twoim opowiadaniu, jak że jest to dopiero pierwszy rozdział, ale zaczyna się ładnie. Nawet nie ma tu tak dużo błędów, więc nie przejmuj się i dodawaj dalsze party tej historii :*

    OdpowiedzUsuń